|
środa, 20 czerwca 2007
Merci - Dziękujemy
Któż by się spodziewał? Socjolodzy, semiolodzy, politolodzy, pijarzy, prawnicy, genderowcy, dziennikarze z Paryża, Nancy, Jerozolimy, Amsterdamu, Kijowa, Berlina, Silkeborga, Bjerringbro, Żor i Warszawy – wszyscy, którzy stworzyliśmy i prowadziliśmy blog o wyborach prezydenckich i parlamentarnych we Francji – dziękujemy za zaskoczenia, przygody i wspólne uczenie się. W dniu wyborów prezydenckich byliśmy jedną z popularniejszych stron w polskim internecie. Zatem było warto. Nie zajmujemy się tylko polityką ani tylko Francją. Nie spoczniemy na laurach. Już teraz zapraszamy Was do udziału w przyszłych projektach Warsztatów Analiz Socjologicznych, z którymi związana jest większość autorów bloga FrancjaWybiera2007. Dziękujemy. Projekt stworzyli: Andrzej Kozicki, koordynator Małgorzata Joanna Adamczyk Bartłomiej Bartel Aleksander Borkowski Anna Helena Dryjańska Michał Godlewski Danuta Grassa Adam Holzman Antoni Heba Anna Kuczyńska Zbigniew Mazurak Sebastian Meitz Radek Pyffel Agnieszka Szmilewska Maja Wojciechowska Aleksander Z. Zioło, szef WAS - oloziolo@warsztaty.org komentatorzy postów i wszyscy czytelnicy
wtorek, 19 czerwca 2007
Koniec uśmiechów
Jak działają takie przetasowania? Dla wygrania wyborów prezydenckich Sarkozy musiał włączyć do swojego obozu ludzi Chiraka i polityków pogranicza czy wręcz spoza prawicy. Zmniejsza to jednak spójność i efektywność grupy sprawującej władzę, więc Sarkozy podejmuje teraz kroki dla odzyskania kontroli. Konkrety. Alain Juppé był jedynym prominentnym politykiem grupy Chiraca, który nie był ostatnio ministrem, więc dla obłaskawienia Sarkozy mianował go ministrem superministerstwa i obdarował prestiżowym tytułem ministra stanu. Kilka tygodni później premier Fillon ogłosił, że ministrowie, którzy nie wygrają w swoich okręgach, muszą złożyć dymisję. Niby oczywista zasada, ale dotąd niestosowana i wymierzona tylko i wyłącznie w Alaina Juppé - kandydował z Bordeaux, które jest francuskim odpowiednikiem naszego Krakowa. Miasto inteligenckie, z tradycjami, spotkaniami przy kawie i konserwatywną obyczajowością. Juppé, znany jako premier z Bordeaux, obciążony wyrokiem korupcyjnym nie miał szans. Przegrał wybory, złożył dymisję i w rządzie nie ma już nikogo związanego z Chirakiem.
Przy pomocy takich gier personalnych Sarkozy "odzyskuje ministerstwa". Czy mu to wyjdzie na zdrowie? Wkrótce się przekonamy. Andrzej Kozicki Mandaty: gaulliści 324, socjaliści 205, Nowe Centrum 22, komuniści 18, liberałowie 4, zieloni 4
poniedziałek, 18 czerwca 2007
Pierwsze strony gazet
Wyniki wyborów są już znane - trend spadkowy UMP, na który zwróciliśmy uwagę na naszym blogu, potwierdził się. Wynik Partii Socjalistycznej okazał się wyższy niż spodziewany, rezultat UMP jest zaś niższy od prognozowanego, jednak to nie ten temat zagości na pierwszych stronach dzisiejszych dzienników. Są bowiem inne, o wiele bardziej elektryzujące wieści: Ségolène Royal i François Hollande rozstają się! „Już od pewnego czasu pojawiały się liczne plotki o nas. Sądzę, że należy wyjaśnić sprawę i powiedzieć wprost, że zdecydowaliśmy nie być dłużej razem” – oświadczyła Royal. „Poprosiłam François Hollande, by opuścił nasz dom. (…) Jesteśmy nadal w dobrym kontakcie, rozmawiamy ze sobą, szanujemy się nawzajem. Życzę mu szczęścia” – mówi Ségolène i wyjaśnia: „jak w każdym związku, tak i w naszym pojawiały się trudności, postanowiłam jednak wziąć je w nawias na czas kampanii prezydenckiej i parlamentarnej. To była konieczność także ze względu na dzieci” [Royal i Hollande dorobili się czwórki pociech]. ![]() Ségo, „kobieta wyzwolona” i „stojąca nogami twardo na ziemi”, jak sama mówiła o sobie w klipie kampanii prezydenckiej, zamierza przejąć po swoim ekspartnerze przewodnictwo w Partii Socjalistycznej. Członkowie ugrupowania nie wydają się być temu przeciwni. Rozstanie Royal i Hollande nazywają „ich prywatną sprawą”, jednak część z nich wyraża jednocześnie opinię, że trudności w związku nie pozostawały bez wpływu na wybory prezydenckie. Na drugich stronach gazet gościć dziś będzie zapewne informacja o zmianie w rządzie: Alain Juppé, były premier, obecnie Minister Ekologii i Trwałego Rozwoju przegrał w swoim okręgu z socjalistką Michèle Delaunay, a zatem, zgodnie z zasadą ustaloną przez premiera François Fillona jeszcze przed wyborami, poda się do dymisji. Małgorzata Joanna Adamczyk
niedziela, 17 czerwca 2007
Mówi się, mówi się (na lewo most...)
Wiadomym jest, że nie będzie to nikt z partii o marginalnym znaczeniu – takie osoby po prostu nie dotarły do drugiej tury. Mimo to ich obecność we francuskim życiu publicznym jest mniej lub bardziej doceniana, gdyż nadaje mu swoisty i niepowtarzalny urok i koloryt. Mam tu na myśli między innymi niezwykle podzieloną skrajną francuską lewicę, której ikonami obwołać można niestrudzoną od lat Arlette Laguiller i młodziutkiego Oliviera Besancenota (w polityce od 2002 roku). Laguiller swego czasu była pierwszą kobietą startującą we francuskich wyborach prezydenckich. „Jestem kobietą i mam odwagę startować” – deklarowała (temat feminizacji polityki wykorzystywała w swojej działalności jeszcze wielokrotnie). Pojęcie odwagi często zresztą pojawiało się i pojawia w jej ustach, tuż obok słów tak dla ugrupowania Walka Robotnicza (Lutte Ouvrière) kluczowych jak „praca”, „wyzysk” i „rewolucja”. Nie dziwi to, jeśli uświadomić sobie, że otwarte nawoływanie do realizacji utopii wymaga dziś rzeczywiście niemało odwagi i jeszcze więcej idealizmu. „Socjalistyczne społeczeństwo to społeczeństwo, w którym nie będzie policji, (…) nie będzie istniała pogoń za zyskiem i za indywidualnym posiadaniem. Każdy będzie w stanie zaspokoić swoje potrzeby. (…) Aparat państwowy będzie powoli zanikał” – snuje wizję Arlette, a jej wizjonerstwo zdobywa jej całkiem sporą sympatię. Bo choć w realizację trockistowskich marzeń nikt poza samą Laguiller i członkami jej partii nie wierzy, to wyborcy z aprobatą zauważają (aczkolwiek owa aprobata nie przekłada się potem na liczbę oddanych na ugrupowanie głosów), że istnieje ugrupowanie, które zawsze stało po stronie ludzi pracy i które wciąż nawołuje „do walki!”, wciąż apeluje, że należy „zmienić świat, zmienić społeczeństwo, dać klasie pracującej czas na życie”. Mimo czynionych przez Walkę Robotniczą nawoływań do zmian, zmiany nie zachodzą. Arlette Laguiller złości się, nie przebierając w słowach: „rządzący pozostawiają klasę pracującą w gównie”! Sposób obrazowania Laguiller jest brutalny, a zarazem niezwykle wymowny. Po drugiej stronie barykady podobnie określić można by, choć tak przecież różny od sposobu wysławiania się Arlette, równie silnie uderzający w rejestry patetyczne dyskurs Le Pena. Walka Robotnicza, opierając się na komunistycznych ideach, tak jak Le Pen proponuje nieodmiennie proste recepty na skomplikowane problemy, aczkolwiek recepty te są oczywiście diametralnie różne od tych proponowanych przez lidera Frontu Narodowego. Imigracja? Bądźmy otwarci, żadnych granic, wszystko w imię internacjonalizmu. Rynek pracy? Niech przedsiębiorstwa będą kierowane przez robotników. Bieda? Można zacząć produkować towary dla biednych i sprzedawać im je bez zysku.
Za tych, którzy są „blisko ludzi”, podają się także aktywiści Walki Robotniczej. Arlette Laguiller deklaruje: „Nie uważam się za polityka, ale za pracownicę, która zajmuje się polityką. Nie jestem obca swojej klasie [społecznej]”. Walka Robotnicza ma charakter hermetycznego, zamkniętego dla przybyszów z zewnątrz ugrupowania. Ci, którzy wystarczająco wiele czasu i wysiłku poświęcili, by wkraść się w łaski jej członków, zazwyczaj zostają potem, tak jak wszyscy w tej partii, gotowymi do wyrzeczeń „zwolennikami Sprawy” starającymi się przygotować społeczeństwo na nadejście nieuchronnej rewolucji. „Tak, wierzę w rewolucję” – mówi Laguiller. „Jest mnóstwo powodów do niej, mnóstwo powodów, by zmieniać społeczeństwo. (…) Nie może być tak, że lud pracujący przysparza zysków bogaczom”, wszak profity przedsiębiorstw wypracowywane są „potem i krwią robotników” tylko po to, by zasilić kieszenie „akcjonariuszy – pasożytów”. Tymczasem „pracujący też mają prawa do tego, co wyprodukowali, do tych milionów”. Silny nacisk na kwestie społeczne, sprzeciw wobec kapitalizmu i zgrabne slogany to główny wkład skrajnej francuskiej lewicy w dyskurs publiczny V Republiki. Mimo licznych apeli o zjednoczenie, lewica jest nadal rozdrobniona, co sugeruje, że wkład ten się raczej nie zwiększy. Jedyny liczący się na arenie politycznej gracz wprost nawiązujący do myśli komunistycznej (acz nie trockistowskiej, jak LCR i Walka Robotnicza), Komunistyczna Partia Francji, dziś z hasłem „lewica na wysokości waszych wymagań” walczy o uzyskanie co najmniej 20 miejsc w parlamencie. Jakie będą rezultaty tych zmagań, dowiemy się już wieczorem. Małgorzata Joanna Adamczyk Mówi się, mówi się (...na prawo most)
Inną obok Frontu Narodowego partią silnie prawicową widoczną we francuskiej polityce jest MPF, Ruch na rzecz Francji (pod wodzą Phillippe’a de Villiers). Wiadomo już, że może on liczyć przynajmniej na jedno miejsce w parlamencie (Veronique Besse już w pierwszej turze ponownie została wybrana deputowaną; Front Narodowy, choć posiada dość liczne rzesze zwolenników, ze względu na jednomandatowe okręgi wyborcze najprawdopodobniej nie zdobędzie w Zgromadzeniu Narodowym ani jednego fotela). Postulaty MPF, silnie liberalne ekonomicznie i wyraziście narodowe, nie są jednak odbierane jako groźne – głównie dlatego, że w przeciwieństwie do tego, co robi Front Narodowy, MPF ich nie wykrzykuje, ale poddaje dyskusjom. Front Narodowy, rzekomo „jedyne naprawdę prawicowe ugrupowanie we Francji”, został utworzony w roku 1972. Od tamtego czasu Jean-Marie Le Pen nie odstępował ani na krok swojego politycznego dziecka. W tegorocznej kampanii parlamentarnej zaczyna oddawać pola swoim następcom, którym brakuje jednak charyzmy lidera, będącego zarazem ikoną partii. Bo czym byłby Front Narodowy bez Le Pena? Ten znakomity orator, podobnie jak jego adwersarze z lewej flanki politycznej areny, nie waha się sięgać po język brutalny, lecz wymowny; po wymyślne metafory („byk imigracji” i tym podobne) i analogie (przykład okna i imigracji przytoczony poniżej); po obrazowanie rodem z bulwarowych powieści i po skomplikowane chwyty retoryczne zarazem. Jest jedynym francuskim politykiem sięgającym po słowa o konotacji seksulanej (np. inwektywy „pédé”) lub też próbującym dyskwalifikować swoich przeciwników na pozapolitycznym gruncie (czego przykładem mogą być jego insynuacje na temat relacji Sarkozy’ego z żoną). Podobnie jak komunistyczna lewica, choć w zupełnie innym stylu, zwraca się do „maluczkich” i mówi im o ich („naszej”) codzienności. Często dramatyzuje niektóre aspekty życia codziennego, przedstawia je w przerysowany sposób, odgrywa niczym aktor na scenie (charakterystyczna jest tu jego gestykulacja podkreślająca wydźwięk tego, co akurat mówi). Tym samym stara się sprowokować wyborców do utożsamienia się z nim jako z tym, który jest w stanie się w nich wczuć, przedstawić ich życie, a więc także zrozumieć to, co leży im na sercach. Podczas kampanii prezydenckiej apelował: „Nie bójcie się, drodzy współpatrioci, nie bójcie się marzyć, wy, „maluczcy”, wykluczani, robotnicy i robotnice pracujący w przemyśle zrujnowanym przez eurosocjalizm rodem z Maastrich. Jestem socjalnie lewicowy, ekonomicznie prawicowy i bardziej niż kiedykolwiek narodowo francuski”.
Specyfika sposobu mówienia lidera Frontu Narodowego była najlepiej widoczna w jego debacie z Sarkozym, jaka odbyła się jakiś czas przed wyborami prezydenckimi. Sarkozy często sięgał po pytania retoryczne, po zgrabne hasełka wyborcze („dam wam chęć, by mieć chęć”), używał zdań krótkich i lapidarnych, zaś Le Pen – przeciwnie: używał zdań długich, o bogatej leksyce, z gęsto wplecionymi w wypowiedź przysłowiami. Bogate słownictwo pozwalało mu połączyć w związki przyczynowo-skutkowe rzeczy od siebie odległe, ale poddające się językowi, podatne na wypaczający rzeczywistość opis. Gdy oskarżył Sarkozy’ego, iż jego polityka „pozwala na napływ 500 000 imigrantów rocznie”, magia tej przecież absurdalnej i nieprawdziwej liczby zadziałała: Sarkozy, zamiast ją zakwestionować, zaczął się tłumaczyć. Tym samym część odbiorców wzięła szacunki Le Pena za dobrą monetę. Podobnie gdy stwierdził, iż „Europa zabiła francuskie rolnictwo, bo mamy teraz mniej rolników niż przed wojną”, nie wszyscy zauważyli, że jest tak dzięki postępującej mechanicyzacji rolnictwa i że należałoby zwracać uwagę nie tyle na liczbę osób zatrudnionych w sektorze rolniczym, ile na jego wydajność. Le Pen, by było o nim głośno, nie stroni od skandali, od mówienia ze szczegółami o przestępstwach dokonywanych ze szczególnym okrucieństwem. Humorysta Didieu Gustin określił nawet sposób mówienia właściwy Le Penowi jako „mowę-monolit, gdzie każda myśl jest jak wyciosana w kamieniu”. Rzeczywiście, wystarczy posłuchać: po szczegółowym opisie mordu następuje deklaracja „Jestem za karą śmierci, ponieważ w tym kraju giną wszyscy: kierowcy samochodów, przechodnie etc. Jedyny zawód, gdzie można mieć pewność przeżycia to zawód mordercy!”. Analogie i metafory, których używa Le Pen, przedstawiane są jako doskonale oddające istotę sprawy – nawet wtedy, gdy nie do końca są trafne: „Widzi pan to okno? Powiedziano nam „należy je całe wyrzucić, trzeba wyjąć stąd to okno, czas okien się już skończył, mamy wolność, wszystkim należy pozwolić wejść: ptakom, złodziejom...”. Ja jednak mówię, że od kiedy świat światem, istnieją okna, które zamyka się, gdy jest zimno, i otwiera, gdy ciepło” – tak lider Frontu Narodowego rozmawia z dziennikarzem o problemie imigracji.
Psychoanalityk Gerard Miller nazwał Le Pena „mistrzem niedopowiedzeń” i rzeczywiście w tym określeniu tkwi wiele prawdy. Lider Frontu Narodowego potrafi zainteresować publiczność tym, co ma do powiedzenia i zjednoczyć ją jednocześnie. „Doskonale wiecie, o co mi chodzi, rozumiemy się w pół słowa” – zdaje się dawać do zrozumienia. Stając się tym, który „mówi to, co wy sobie wszyscy po cichu myślicie”, jest enfant terrible francuskiej polityki – tym, który, zdaniem Gerarda Millera, daje dojść do głosu sferze id. Dyskurs partii tak bardzo prawicowych/lewicowych, że na prawo/lewo od nich znajduje się już tylko ściana, jest zazwyczaj równie ekstremalny, co same ugrupowania. Pomiędzy tymi dwoma ekstremami znajduje się jednak całe multum opcji politycznych mówiących o swoich programach na wszelkie możliwe sposoby. Tym samym nie tylko skrajne sformułowania składają się na język budujący polityczną rzeczywistość, także francuską. Małgorzata Joanna Adamczyk
sobota, 16 czerwca 2007
Spadek w sondażach
Andrzej Kozicki IPSOS / Le Point, 14-15 czerwca: UMP 358-395 mandatów, Partia Socjalistyczna 140-175 mandatów Przyjaciele
Nie stworzyłem wokół siebie żadnej siatki - zapierał się Nicolas Sarkozy kilka tygodni temu, kiedy francuska prasa rozpisywała się o zbyt szerokim kręgu wpływowych znajomych nowo zaprzysiężonego prezydenta. Charles Pasqua skomentował te słowa na falach BFM pod koniec maja mówiąc: Sarkozy nie porusza się w kręgach, ale nie jest bez przyjaciół. A sam Pasqua jest "z kręgów" czy przyjacielem? Ten 80-letni pochodzący z Marsylii znakomity polityk, były minister spraw wewnętrznych, senator i eurodeputowany, od wielu lat jest na ty z Sarko.Ich znajomość sięga dawnych czasów. Pasqua wspomina: Poznałem Nicolasa Sarkozy kiedy ten miał 16, 17 lat, był wtedy młodym początkującym działaczem. To ja zwróciłem na niego uwagę, to ja spowodowałem, ze zabierał głos w istotnych sprawach. Pod skrzydłami opiekuńczego Pasqua polityczna kariera Sarko rozwijała się w zabójczym tempie. Kiedy w 1982 roku ten ostatni bierze swój pierwszy ślub, świadkiem zostaje nikt inny jak Charles Pasqua. Rok później szansa puka do drzwi pana Sarkozy, a on nie zamierza jej zaprzepaścić. Niespodziewanie umiera ówczesny mer Neuilly-sur-Seine, Achille Peretti. I nawet jeśli logicznym pretendentem do tego stanowiska jest właśnie Pasqua, Sarkozy postanawia że sam zostanie nowy merem. Jak postanowił, tak robi. Nie ma zahamowań, bo wie, że stanowisko mera bogatego Neuilly pozwoli mu niczym trampolina odbić się wysoko do góry. Gdy Pasqua poddany zostaje krótkiej hospitalizacji, Sarkozy wykorzystuje nieobecność senatora na zebraniu partyjnym i przekonuje działaczy, że kandydat Sarkozy będzie lepszy od kandydata Pasqua, bo mniej z Marsylii a bardziej z Neuilly. Swojski. Swoją decyzje Sarko tak tłumaczył: Wszyscy wiedzą, że jestem jakby jego (Pasqua) dublerem. To mój przyjaciel. Tym sposobem za jednym zamachem odbiera Pasqua tę lukratywną posadę, która pozwala mu stworzyć jedyny w swoim rodzaju notes z telefonami, w którym zapisze takie nazwiska jak choćby Martin Bouygues, stojący dziś na czele TF1 czy Bernard Arnault. Czas pokaże, że Sarkozy w pewien sposób odwdzięczy się w przyszłości swojemu “wielkiemu nauczycielowi”, jak o nim mówi, i który do dziś pozostaje obecny w jego najbliższym kręgu, doradzając mu, przygotowując i łagodząc potknięcia ucznia. Również i mistrz oskarżony o udział w kilku finansowych malwersacjach, wyjdzie z nich obronną ręką. W świeżo wydanym pierwszym tomie swych wspomnień zatytułowanych To co wiem, Charles Pasqua nie poświęca dużo uwagi nowemu prezydentowi. Zdaje się, że najlepszym epilogiem tej interesującej znajomości będzie zdanie, które Charles Pasqua miał w bliżej nieznanych okolicznościach wypowiedzieć: Z takimi przyjaciółmi, nie potrzebujemy wrogów. Danuta Grassa
piątek, 15 czerwca 2007
Fotoreportaż
Przez jeden dzień warszawski Belweder służył jako rezydencja prezydenta Francji. Na pałacu powiewała francuska flaga, a na dziedzińcu pod drzewem stało BMW sprowadzone z Francji na życzenie Sarkozy'ego. Zdjęcia wykonał nasz specjalny wysłannik - Zbigniew Mazurak
czwartek, 14 czerwca 2007
Diagnoza kryzysu
Unia na Rzecz Ruchu Ludowego rządzi Francją od 2002 roku i wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi taki stan nie zmieni się do 2012 roku. To dlatego nie tylko socjaliści, ale i globalizacja pełnią rolę psujów państwa. Obóz prezydencki proponuje naprawić sytuację podejmując dziesięć zobowiązań. Mimo pojawienia się globalizacji i mimo upadku idei komunistycznych, sposób działania francuskiego się nie zmienił. Fasada państwa wciąż się trzyma, ale pod nią kryją się rażące nierówności. Nie ma co załamywać rąk, bo Francja ma w sobie potencjał, by zerwać ze schematami i przesądami, takimi jak: 1) można coraz mniej pracować, choć cały świat zaczyna pracować więcej, 2) francuski model socjalny jest najlepszy na świecie, choć działa gorzej, niż w wielu krajach OECD, 3) ulgi podatkowe zwiększają siłę nabywczą, 3) francuski system edukacyjny zapewnia równość, 4) uniwersytety nie działają anachronicznie, jedynie nie mają pieniędzy, 5) przedmieścia cierpią głównie przez bezrobocie, zaś pomija się problem grup przestępczych, integryzmu religijnego i nielegalnej imigracji, 6) Francja może przyjąć wszystkich cudzoziemców chętnych do osiedlenia się w kraju, 7) społeczeństwo dba o młodych, choć w ostatnich latach wyemigrowało ich dwa razy tyle, co liczba ludności w Marsylii, 8) nasz kraj prosperuje, choć przez ostatnie 25 lat spadł z 9. na 17. miejsce pod względem PKB na głowę mieszkańca. Zdaniem UMP jedynym sposobem przywrócenia wiary we Francję i mobilizacji Francuzów jest odnowienie pięciu wartości: zasługi, sprawiedliwości, odpowiedzialności, szacunku i zaufania. Antoni Heba
środa, 13 czerwca 2007
Jedna pensja to stanowczo za mało
Problem obecny był w świadomości elit francuskich, zwłaszcza w kręgach lewicy, już od dłuższego czasu. Gdy socjaliści zdobyli większość w Zgromadzeniu Narodowym w 1997, okazało się, że na 577 deputowanych aż 308 było równocześnie merami. Ostatnio sprawa wróciła jak bumerang: 8 lutego 2007 roku senator Partii Socjalistycznej Jean-Pierre Bel przedłożył kandydatce tej partii na urząd prezydenta, Ségolène Royal, raport zatytułowany „Na rzecz nowej Republiki” („Pour une nouvelle République”), w którym wśród innych propozycji reform instytucjonalnych znalazła się sugestia wprowadzenia zakazu łączenia funkcji parlamentarnych (senatora lub deputowanego) i funkcji samorządowych wykonawczych (np. mera), z zachowaniem możliwości piastowania funkcji uchwałodawczych (zwykłego członka rad lokalnych, ale już nie ich przewodniczącego). Royal wykorzystała pomysł w swoim „Pakcie Prezydenckim”, ideę podchwycili inni lewicowi uczestnicy wyścigu do Pałacu Elizejskiego, szermując hasłem „parlamentarzysty pełnoetatowego” („parlementaire à plein temps”). Przeciwni byli: Jean-Marie Le Pen i Nicolas Sarkozy.
W dyskusji używano naturalnie sporej dozy demagogii, choćby wtedy gdy Bayrou głosił potrzebę „odtworzenia demokracji przedstawicielskiej”, myśląc jednak o szansach swojej centrowej partii. Na pewno jednak łączenie mandatów nie służy dobremu funkcjonowaniu zainteresowanych instytucji - jak można obradować gdy 81% senatorów i 85% deputowanych poświęca się równolegle pracy w samorządzie? Mając na względzie tak rozgłos nadany problemowi, jak i zapał reformatorski, który ogarniał w ostatnich latach rządy francuskie, można się spodziewać, że sprawa będzie powracać. Michał Godlewski
wtorek, 12 czerwca 2007
Pochwała hedonizmu, czyli polityka pod rękę z erotyką
Próbowała startować w wyborach municypalnych w Paryżu w roku 2001, potem w wyborach legislacyjnych i kantonalnych, a także w prezydenckich roku 2002 i 2007, nieodmiennie jednak bez rezultatu. Przeważnie nie udawało jej się nawet wystawić swojej kandydatury, co sprawiało, że konieczność zbierania podpisów popierających kandydatów określiła swego czasu jako „antydemokratyczną”.Wynik wyborczy jej ugrupowania nie przekroczył nigdy 2%. Z zawodu jest striptizerką, pracuje w klubach nocnych. Podczas swoich kampanii nierzadko występuje w bikini, podkreślając w ten sposób, jak twierdzi, problem ocieplenia klimatu. Chętnie ustanowiłaby jeden dzień w roku Dniem Miłości. O kim mowa? O Cindy Lee (właściwie: Isabelle Laeng), prezydentce Partii Rozkoszy, założonej w roku 2001 „pierwszej hedonistycznej partii Francji”. Ugrupowanie, na którego czele stoi seksbomba, stawia sobie za cel obronę wartości takich jak tolerancja, solidarność i wolność. Chce dążyć do tego, by dobro jednostki było zawsze cenione wyżej od dobra ogółu, gdyż, jak twierdzą jego członkowie, w chwili, w której każdy obywatel osiągnie szczęście, całe społeczeństwo będzie szczęśliwe. Priorytetem Partii Rozkoszy jest „tworzenie społeczeństwa tolerancyjnego, pełnego braterstwa, pozbawionego wszelkich tabu, solidarnego, w którym każdy darzy szacunkiem innych ludzi i środowisko”. Każdy obywatel powinien móc maksymalizować swoją przyjemność. Dlatego też należy: 1) walczyć z wszelką nierównością i dyskryminacją (kobiet na rynku pracy, mniejszości seksualnych w ustawodawstwie rodzinnym etc.); 2) zaakceptować „nonkonformistyczne zachowania seksualne” (ponieważ każdy powinien móc dysponować swoim ciałem w sposób, w jaki tylko zechce); 3) wprowadzić edukację seksualną również dla dorosłych (partia proponuje kursy uwodzenia i pewności siebie, które miałyby sprawić, by każdy „czuł się dobrze we własnej skórze”); 4) zlikwidować dzielnice-getta poprzez wprowadzenie obowiązkowego „wymieszania społecznego”; 5) zwalczać fanatyzm religijny pod każdą postacią; 6) polepszyć warunki bytowe w więzieniach, a jeśli to możliwe, zamieniać karę więzienia na prace publiczne lub areszt domowy gwarantowany kontrolą elektroniczną; 7) zalegalizować domy publiczne; 8) walczyć z samotnością (ludziom samotnym należy pomóc np. zakładając bazę danych, do której mogłaby zarejestrować się każda samotna osoba, zaznaczając od razu swoje preferencje „poszukiwawcze”); 9) zamienić obowiązkową służbę wojskową na obowiązkową służbę społeczną (w organizacjach humanitarnych, charytatywnych i tym podobnych); 10) walczyć z korupcją i nadużyciami władz; 11) stworzyć armię wspólną dla całej Unii Europejskiej; 12) w nowym Traktacie Konstytucyjnym UE wyraźnie zaznaczyć, że Unia stanowić ma jedno państwo, acz federacyjne; 13) dbać o środowisko i chronić je wszelkimi środkami (większy nacisk na transport publiczny, specjalne „zielone enklawy” w miastach, zmniejszanie zanieczyszczeń emitowanych do atmosfery). Cindy Lee, próbując angażować się politycznie, pragnie zainteresować polityką ludzi młodych lub też zrażonych do francuskiego życia publicznego. Chce sprawić, by jednak je polubili – wszystko „dzięki odrobinie fantazji i, powiedzmy, wdzięku”, które zamierza wnieść do debaty publicznej prezydentka Partii Przyjemności.
Kto wie, czy to nie ten brak obcesowości sprawił, że Cindy znów nie została wybrana, uzyskując w swoim okręgu w pierwszej turze zaledwie 1,06% poparcia, czyli 430 głosów? Uzasadnione jest podejrzenie, że osoby głosujące na Cicciolinę czy Cindy Lee raczej nie robią tego ze względu na program wyborczy kandydatek, ale na ich erotyczną wyrazistość. A to, że, posługując się tą ostatnią, można w polityce wiele uzyskać, pokazała zarówno Ilona Staller swego czasu dostając się do parlamentu, jak i ostatnio beligjska partia NEE i Tania Derveaux. Tania co prawda do Senatu nie weszła, ale potrafiła wyraziście połączyć zdobywanie nie lada popularności, ośmieszanie mechanizmów kampanii przedwyborczych i dyskredytowanie obietnic konkurencji jako nierealnych. Tyle tylko, że, jak już pisaliśmy, popularity i electibility często nie idą ze sobą w parze. Tę pierwszą można zdobyć, posługując się w polityce erotyką, tej drugiej – nie, o czym twórcy inicjatyw takich jak francuska Partia Przyjemności czy włoska Partia Miłości zdają się nie pamiętać. A może to i lepiej? Przynajmniej wyborcy, zapoznając się z tego typu ciekawostkami świata politycznego, mogą liczyć na chwilę wytchnienia od czasem przesadnie poważnego czy napuszonego dyskursu innych polityków. Przytaczane cytaty pochodzą ze strony ugrupowania (tłumaczenie własne) Małgorzata Joanna Adamczyk
poniedziałek, 11 czerwca 2007
Prawie jak zmęczenie
Serwisy informacyjne od rana szeroko informują o dziwnym zachowaniu prezydenta Sarkozy'ego. Zamieszczony na You Tube filmik z fragmentem konferencji prasowej Sarkozy'ego obejrzało już ponad pół miliona internautów.
Niektórzy zastanawiająco radosne zachowanie prezydenta Francji przypisują zmęczeniu, inni silnej osobowości prezydenta Putina, z którym chwilę wcześniej Sarkozy zjadł lunch w ramach spotkania G8. Jak było naprawdę? Można się tylko domyślać. Poniżej zamieszczone jest tłumaczenie nieco niewyraźnych słów Sarkozy'ego podczas konferencji prasowej: Panie i panowie, przepraszam za spóźnienie. To z powodu długości (szeroki uśmiech) rozmowy, którą właśnie odbyłem z prezydentem Putinem (uśmiech, pauza). Co chcecie państwo żebym zrobił, mam odpowiadać na wasze pytania? A więc czy macie w ogóle jakieś pytania (uśmiech)? No dalej. Tak, tak. Eee... zacznijmy... Anna Helena Dryjańska
|
Zakładki:
|