Blog > Komentarze do wpisu
Mówi się, mówi się (...na prawo most)

Philippe de Villiers, Wandea, Francja, wybory parlamentarne, Warsztaty Analiz Socjologicznych 2007Po przeciwnej ugrupowaniom komunistycznym stronie barykady stoi nacjonalpopulistyczny Front Narodowy, który we francuskim życiu publicznym bywa nierzadko znacznie bardziej widoczny niż lewe ekstremum sceny politycznej – także dlatego, że członków FN nikt nie odbiera jako sympatycznych, niegroźnych idealistów marzących o realizacji utopii (jak postrzegana jest np. Arlette Laguiller), ale raczej jako zagrożenie nacjonalizmem. Gdy Jean-Marie Le Pen, lider tej partii, w 2002 roku był w drugiej turze wyborów prezydenckich alternatywą dla Jacquesa Chiraca, we Francji wrzało. Jak to możliwe, jak mogło do tego dojść? – pytali się siebie Francuzi. Jak widać mogło.

Inną obok Frontu Narodowego partią silnie prawicową widoczną we francuskiej polityce jest MPF, Ruch na rzecz Francji (pod wodzą Phillippe’a de Villiers). Wiadomo już, że może on liczyć przynajmniej na jedno miejsce w parlamencie (Veronique Besse już w pierwszej turze ponownie została wybrana deputowaną; Front Narodowy, choć posiada dość liczne rzesze zwolenników, ze względu na jednomandatowe okręgi wyborcze najprawdopodobniej nie zdobędzie w Zgromadzeniu Narodowym ani jednego fotela). Postulaty MPF, silnie liberalne ekonomicznie i wyraziście narodowe, nie są jednak odbierane jako groźne – głównie dlatego, że w przeciwieństwie do tego, co robi Front Narodowy, MPF ich nie wykrzykuje, ale poddaje dyskusjom.

Front Narodowy, rzekomo „jedyne naprawdę prawicowe ugrupowanie we Francji”, został utworzony w roku 1972. Od tamtego czasu Jean-Marie Le Pen nie odstępował ani na krok swojego politycznego dziecka. W tegorocznej kampanii parlamentarnej zaczyna oddawać pola swoim następcom, którym brakuje jednak charyzmy lidera, będącego zarazem ikoną partii. Bo czym byłby Front Narodowy bez Le Pena?

Ten znakomity orator, podobnie jak jego adwersarze z lewej flanki politycznej areny, nie waha się sięgać po język brutalny, lecz wymowny; po wymyślne metafory („byk imigracji” i tym podobne) i analogie (przykład okna i imigracji przytoczony poniżej); po obrazowanie rodem z bulwarowych powieści i po skomplikowane chwyty retoryczne zarazem. Jest jedynym francuskim politykiem sięgającym po słowa o konotacji seksulanej (np. inwektywy „pédé”) lub też próbującym dyskwalifikować swoich przeciwników na pozapolitycznym gruncie (czego przykładem mogą być jego insynuacje na temat relacji Sarkozy’ego z żoną). Podobnie jak komunistyczna lewica, choć w zupełnie innym stylu, zwraca się do „maluczkich” i mówi im o ich („naszej”) codzienności. Często dramatyzuje niektóre aspekty życia codziennego, przedstawia je w przerysowany sposób, odgrywa niczym aktor na scenie (charakterystyczna jest tu jego gestykulacja podkreślająca wydźwięk tego, co akurat mówi). Tym samym stara się sprowokować wyborców do utożsamienia się z nim jako z tym, który jest w stanie się w nich wczuć, przedstawić ich życie, a więc także zrozumieć to, co leży im na sercach. Podczas kampanii prezydenckiej apelował: „Nie bójcie się, drodzy współpatrioci, nie bójcie się marzyć, wy, „maluczcy”, wykluczani, robotnicy i robotnice pracujący w przemyśle zrujnowanym przez eurosocjalizm rodem z Maastrich. Jestem socjalnie lewicowy, ekonomicznie prawicowy i bardziej niż kiedykolwiek narodowo francuski”.

Jean-Marie Le Pen, Francja, wybory parlamentarne, Warsztaty Analiz Socjologicznych 2007Ogniskowanie wszystkiego wokół pojęcia narodu i odwoływanie się do poczucia strachu towarzyszącego klienteli politycznej Frontu Narodowego to dwa główne punkty programu w dyskursie Le Pena. Mówiąc o narodzie, lider FN często patetycznie uderza w wysoki rejestr i zaczyna Mówić Wielkimi Literami: Historia, Przeznaczenie. Pozwala mu to wykorzystać poczucie zagubienia wyborców. „Ojczyzna to ciało, które zostaje tym, którzy stracili wszystko” – mówi. Inicjując kampanię wyborczą, deklaruje „Wejdziemy w bitwę, bitwę decydującą, i to decydującą i dla Francji, i dla Francuzów. Wiemy, że jesteśmy spadkobiercami dziedzictwa zdobywanego przez stulecia krwią, potem i pracą, poświęceniem ludzi i ich cierpieniem. Tak, jesteśmy partią także ludzi martwych! Myślimy o tych, którzy już nie żyją, którzy się poświęcili dla kraju, którym wszystko zawdzięczamy. Jesteśmy partią Francuzów dnia wczorajszego, dzisiejszego i jutrzejszego, którym zapewnimy najlepszą obronę”. Zawłaszczając przeszłość, daje tym samym wielu Francuzom poczucie zakorzenienia w tradycji, którego czuli się pozbawieni.

Specyfika sposobu mówienia lidera Frontu Narodowego była najlepiej widoczna w jego debacie z Sarkozym, jaka odbyła się jakiś czas przed wyborami prezydenckimi. Sarkozy często sięgał po pytania retoryczne, po zgrabne hasełka wyborcze („dam wam chęć, by mieć chęć”), używał zdań krótkich i lapidarnych, zaś Le Pen – przeciwnie: używał zdań długich, o bogatej leksyce, z gęsto wplecionymi w wypowiedź przysłowiami. Bogate słownictwo pozwalało mu połączyć w związki przyczynowo-skutkowe rzeczy od siebie odległe, ale poddające się językowi, podatne na wypaczający rzeczywistość opis. Gdy oskarżył Sarkozy’ego, iż jego polityka „pozwala na napływ 500 000 imigrantów rocznie”, magia tej przecież absurdalnej i nieprawdziwej liczby zadziałała: Sarkozy, zamiast ją zakwestionować, zaczął się tłumaczyć. Tym samym część odbiorców wzięła szacunki Le Pena za dobrą monetę. Podobnie gdy stwierdził, iż „Europa zabiła francuskie rolnictwo, bo mamy teraz mniej rolników niż przed wojną”, nie wszyscy zauważyli, że jest tak dzięki postępującej mechanicyzacji rolnictwa i że należałoby zwracać uwagę nie tyle na liczbę osób zatrudnionych w sektorze rolniczym, ile na jego wydajność.

Le Pen, by było o nim głośno, nie stroni od skandali, od mówienia ze szczegółami o przestępstwach dokonywanych ze szczególnym okrucieństwem. Humorysta Didieu Gustin określił nawet sposób mówienia właściwy Le Penowi jako „mowę-monolit, gdzie każda myśl jest jak wyciosana w kamieniu”. Rzeczywiście, wystarczy posłuchać: po szczegółowym opisie mordu następuje deklaracja „Jestem za karą śmierci, ponieważ w tym kraju giną wszyscy: kierowcy samochodów, przechodnie etc. Jedyny zawód, gdzie można mieć pewność przeżycia to zawód mordercy!”. Analogie i metafory, których używa Le Pen, przedstawiane są jako doskonale oddające istotę sprawy – nawet wtedy, gdy nie do końca są trafne:

„Widzi pan to okno? Powiedziano nam „należy je całe wyrzucić, trzeba wyjąć stąd to okno, czas okien się już skończył, mamy wolność, wszystkim należy pozwolić wejść: ptakom, złodziejom...”. Ja jednak mówię, że od kiedy świat światem, istnieją okna, które zamyka się, gdy jest zimno, i otwiera, gdy ciepło” – tak lider Frontu Narodowego rozmawia z dziennikarzem o problemie imigracji.

Jean-Marie Le Pen, Francja, wybory parlamentarne, Warsztaty Analiz Socjologicznych 2007Jean-Marie Le Pen w mediach kreuje się na wielkiego skrzywdzonego, którego osiągnięcia są pomniejszane, wpadki nagłaśniane, a działalność zupełnie niesłusznie porównywana do działalności Hitlera. Jednocześnie przeciwstawia swoją osobę reszcie francuskich polityków, przedstawiając się jako jedyny sprawiedliwy. W programach publicystycznych nierzadko używa takich stwierdzeń jak „przeczytałem w w a s z y c h gazetach, że…”. Te same gazety stają się „nasze”, gdy można je wykorzystać do potwierdzenia własnych słów: „Gdy mówiłem o poczuciu niepewności i strachu, krzyczano, że to fantazmy Le Pena, a teraz spójrzcie tylko na tytuły gazet!” – krzyczy na jednym ze spotkań wyborczych poprzedzających wybory prezydenckie.

Psychoanalityk Gerard Miller nazwał Le Pena „mistrzem niedopowiedzeń” i rzeczywiście w tym określeniu tkwi wiele prawdy. Lider Frontu Narodowego potrafi zainteresować publiczność tym, co ma do powiedzenia i zjednoczyć ją jednocześnie. „Doskonale wiecie, o co mi chodzi, rozumiemy się w pół słowa” – zdaje się dawać do zrozumienia. Stając się tym, który „mówi to, co wy sobie wszyscy po cichu myślicie”, jest enfant terrible francuskiej polityki – tym, który, zdaniem Gerarda Millera, daje dojść do głosu sferze id.


Dyskurs partii tak bardzo prawicowych/lewicowych, że na prawo/lewo od nich znajduje się już tylko ściana, jest zazwyczaj równie ekstremalny, co same ugrupowania. Pomiędzy tymi dwoma ekstremami znajduje się jednak całe multum opcji politycznych mówiących o swoich programach na wszelkie możliwe sposoby. Tym samym nie tylko skrajne sformułowania składają się na język budujący polityczną rzeczywistość, także francuską.

Małgorzata Joanna Adamczyk

niedziela, 17 czerwca 2007, francja2007

Polecane wpisy

  • Merci - Dziękujemy

    Cécilia opuszcza Sarkozy’ego i rusza za ocean, bo nie chce mieszkać w Pałacu Elizejskim. Ségolène wystawiła walizki Hollande’a za drzwi, choć g

  • Koniec uśmiechów

    Jean-Louis Borloo? Niemożebne. Przecież przez niego straciliśmy 100 mandatów w tydzień - zdziwił się z nowej nominacji Philippe Douste-Blazy, polityk UMP. Prez

  • Pierwsze strony gazet

    Wyniki wyborów są już znane - trend spadkowy UMP , na który zwróciliśmy uwagę na naszym blogu, potwierdził się. W ynik Partii Socjalistycznej okazał się wyższy